wtorek, 28 sierpnia 2012

Gdy ja nie szukałem ciebie...

Ty mnie znalazłaś.

  Zrodziła ją w bólu. Krzyki mogłyby rozerwać samą matkę od środka, ale nie czuła zmęczenia. Jestem pewien, że już wtedy i ona to poczuła. Iż te boleści, rumor i zwrócenie wszelkiej uwagi na jeden punkt, to wszystko królowało nad wszelkimi dobrodziejstwami świata w maleńkim świecie tego dziecka. Bo od początku do końca, był on bardzo zamknięty, skierowany w jedną stronę. Nie oznaczało to jednak, że jego wpływy były równie krótkodystansowe. Gdybym miał opisać to działanie, wpływ jej władzy, najlepszym odpowiednikiem byłaby zwykła sieć rybacka. Atakująca w najmniej spodziewanym momencie, tłamsząca, w ostatnim kroku śmiertelna.
  Jeśli chodzi o żywot Kasumi przez połączeniem naszych dróg, to jest to niemal wszystko. Jej narodziny były piekłem, a właściwie dopiero zapowiedzią nachodzących nieszczęść. Rodzicielka zmarła zaledwie dwa dni po porodzie, potem i ojca spotkała kara. Wypadek samochodowy i to w jednej z najspokojniejszych dzielnic. Co najgorsze, wszystko było prawdą, choć poziom zgryzoty był równie wysoki co w nie jednej książce kryminalnej. Właśnie odłożyłem jedną z nich i zacząłem ślepo wpatrywać się w białą, otynkowaną ścianę. Powieki stawały się coraz cięższe, zmęczenie dawało o sobie we znaki. Od ilu dni już nie spałem? Dwa, trzy? Ten lęk, paskudny lęk zadomowił się w moim oziębłym sercu, pokazując, że nawet je można jeszcze skutecznie ukłuć.
 Miałem wówczas dwadzieścia sześć lat. Co miałem? Praca, która miała miała być odzwierciedleniem moich marzeń, stała się tylko częścią szarej codzienności. Kobiety? Dość śmieszne pytanie. Owszem, przewinęło się ich wiele, może trochę mniej, w zasadzie kilka. Wiele z nich kompletnie nic nie wniosło do mojego życia, nawet nie zdążyło. Nie traktowałem żadnej na poważnie? Sam nie wiem, będąc człowiekiem o takiej naturze, oczywiście bym zaprzeczył, ale teraz odpowiedź już nie jest taka prosta. Dbałem o ich szczęście, chciałem móc przywyknąć do obecności każdej z nich. Może właśnie w tym tkwił problem. Chodziło o przyzwyczajenie, nie byłem gotowy na tą wielką, głoszoną przez innych miłość. Rodzina, dom, bliskość? Obce słowa, które zarówno kusiły jak i zatruwały myśli. Z przyjaciółmi, znajomymi było różnie. Ogólnie jednak zawsze lgnąłem do ludzi. Wtedy mogłem zapomnieć o tym, co siedzi we mnie samym. Chciałem się realizować, ale jeszcze nie miałem pomysłu jak i gdy wreszcie zebrałem się na odwagę, by zacząć coś działać w tym kierunku, pojawiło się dziecko... Nie moje, z którym nie miałem żadnej więzi. Bratanica. Nie potrzebowałem jej, nie chciałem, miała w sobie tyle nieznanego co słowo „rodzina”. Miała cztery lata, zarumienioną buzię i sukienkę w polne kwiaty.
  Budzę się pod wpływem nagłego impulsu, zupełnie jakby ktoś ukłuł mnie szpilką. Rozglądam się po pokoju, otwieram usta, by wypowiedzieć to imię, ale moje wargi, gardło, wszystko jest zaschnięte. Więc nie próbuję dalej i wiem, że już nie zasnę.
Przełączam kanały, starannie wyszukując te z informacjami. Nie umiem sobie odpowiedzieć na to, czemu to robię. Gdybym ją tam zobaczył, poczułbym jedynie ból, złość i strach, że ktoś nas skojarzy ze sobą. Z drugiej strony, wiedziałbym, że żyje...
  Znów budzi mnie o pierwszej w nocy. Zwyczajnie stoi nade mną i czeka na to, aż zrobię to, co chce.
- O co chodzi, skarbie? - pytam, zdzierając już sobie paznokciem skórę z serdecznego palca u prawej ręki.
Mój zły tik, nawyk, którego nie kontroluję. Brązowowłosa nie odpowiada. Pomimo swojego wieku mało mówi. Jest cicha, choć z pewnością niedyskretna. Jeszcze nigdy nie nazwała mnie wujkiem. Wzdycham więc tylko i wstaję, by następnie skierować swoje kroki za nią. Znów zmoczyła łóżko. Nie mam siły mówić jej, by tego nie robiła. Nie chodzi o to, że ona tego nie chce. Czuję, że robi to z premedytacją. Zwariowałem? Może.
  Na fotelu przeczekałem całą noc. Nastał już świt, wyszedłem na werandę, by móc podziwiać piękno wschodu słońca. Patrzyłem na niego, a jednak nie widziałem. Kasumi, była jak mgła. Cóż za perfekcyjnie dobrane imię. Zaśmiałem się krótko. Moją twarz, gdzieniegdzie już przerzedzoną zmarszczkami otulił wiatr. Zawsze lubiłem myśleć, że to ona. Bo w rzeczywistości, przysłaniała świat innym, zupełnie jak koc. A także równie dobrze, mogła udusić.